Ta strona internetowa wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących plików cookies wyrażasz zgodę na ich używanie i umieszczanie na Twoim urządzeniu końcowym.X

CUDOWNY ZNAK
NOWYCH CZASóW

opis, przykłady działania

"Wzrastanie Boga w Człowieku" - Mariusz Brzoskowski - 25.02.2016

MENU
TERAZ ZBIERAMY NA STUDIO KOMPUTEROWE - budowę pomieszczeń, zakup sprzętu

O Od 2009 roku Fundacja „Świadomość Ziemi” wspiera sierociniec “Loving hearts helping hands” („Kochające serca, pomocne ręce”) w Ugandzie, który opiekuje się 170 bezdomnymi, osieroconymi dziećmi. Na stale sponsorujemy 7 dzieci (w 100% pokrywamy koszt ich utrzymania, edukacji i wyżywienia). Gorąco zachęcamy do przekazania kilku, kilkudziesieciu złotych na ten cel. W Ugandzie 10 zł wystarcza na dzienne wyżywienie, edukację i zapewnienie dachu nad głową jednemu dziecku. Wpłaty na konto Fundacji „Świadomość Ziemi” z dopiskiem– „Na dzień dziecka – dzieciom Ugandy”.Nr konta: 34 1090 1102 0000 0001 0346 6287.  

więcej o naszej pomocy tutaj 

Dołącz do nas na Facebooku!
Lokalizacja - kontakt

Fundacja "Świadomosć Ziemi"
z siedzibą w Gdyni 
Adres kontaktowy:
05-500 Piaseczno k.Warszawy
ul. Hemara 2
UWAGA:
godziny pracy biura są ruchome!
Zadzwoń i sprawdź:
tel. 509-905-498

Deklaracja Wolności

Deklaracja Wolności została zainspirowana 27 marca 2013r. przez Mistrza Saint Germain (za pośrednictwem naszej znajomej o duchowym imieniu Arameya), który składa w nasze ręce projekt możliwy do zrealizowania w Nowej Złotej Erze Ziemi. Deklaracja Wolności jest jedną z trzech części Manifestu Duchowego, który wraz z Inwokacją i Programem tworzą całość dokumentu, mającego zainspirować Ludzi Nowej Ery do działania, poprzez wprowadzanie w czyn światłych idei, przekazanych przez Wzniesionych Mistrzów i Istoty Światła Miłości. 

Link do Deklaracji Wolności 

STATYSTYKI

Od 04-2006 odwiedziło nas:
5 992 905 gości.

 

Aktualnie na stronie przebywa
2 gość/-ci.

Zlot medytacyjny w Węgorzewie - czerwiec 2009r.

ZLOT MEDYTACYJNY W WĘ˜GORZEWIE
7-14 CZERWIEC 2009 ROKU


  Od ponad roku wiedzieliśmy gdzie zorganizujemy czerwcowy zlot medytacyjny. Wskazówki Duchowych Nauczycieli były klarowne - Mazury. Nie było tylko dokładnej informacji gdzie. Zacząłem, więc szukać odpowiedniego ośrodka, ale nie wychodziło. Gdy już byłem wstępnie dogadany w Orzyszu, to usłyszałem, że to nie ten ośrodek. A było już po Wielkanocy, ceny szły w górę (termin zlotu nakładał się na długi weekend majowy – 11 czerwca przypadało Boże Ciało), było coraz mniej miejsc wolnych. Byłem na tyle zmęczony tą sytuacją, że powiedziałem do Nauczycieli: „Kochani! Nie mam pomysłu, jak ja nie potrafię znaleźć, to trudno. Nie będę dalej szukać, bo nic nowego już nie znajdę w Internecie. Oddaję Wam ten problem”. Helena dodatkowo napisała prośby w tej sprawie i spaliła je. Następnego dnia rano zadzwonił do nas Marek (kiedyś mu wspomnieliśmy, że szukamy miejsca na Mazurach) i powiedział, że ma dla nas dobry ośrodek w Węgorzewie, w dobrym miejscu i cenie. Rozmawiał nawet już w tej sprawie z kierowniczką. Uff…, to była prawdziwa ulga dla nas, jak też piękny przykład pomocy Nauczycieli.
    Do Węgorzewa pojechaliśmy z Heleną, Beatą i Markiem dzień wcześniej. Ośrodek jest pięknie położony, domki były czyste, ale bardzo zimne. Obdzwoniliśmy, więc uczestników zlotu, aby zabrali ze sobą ciepłe ciuchy, dodatkowe koce i piecyki elektryczne. Wszystko to przydało się później, choć ogólnie w czasie zlotu pogoda była niezła – było dużo słońca, wiatru, trochę pokropiło. Tylko noce były zimne.
    Tak jak zwykle mieliśmy zaplanowane codzienne medytacje (rano i wieczorem), poranny taniec PanEurRytmii, czas wolny. Dodatkową atrakcją (zadaniem) był wyjazd do Wilna, jak i możliwość uczestniczenia w oczyszczającej, uzdrawiającej staro indiańskiej ceremonii „szałasu potów”.
   Zlot zaczęliśmy od wspólnych powitań, zakwaterowania, wieczornej obiadokolacji, po której odbyła się pierwsza medytacja. Basia z Gdańska przywiozła prawie 180 piwonii ze swojego ogródka i obdzieliła nimi każdego z nas. Piękny gest, a pozostałe kwiaty przyozdabiały przez prawie cały okres zlotu salę, w której medytowaliśmy.
    Pierwsza medytacja, jak i rozmowy o tym, kto co czuł, jakie przekazy otrzymał otwierały powoli przed nami przesłanie tego zlotu, zakres zadań, jakie mieliśmy do wykonania. Po wcześniejszych zlotach w Kołobrzegu, Przesiece, Horyńcu, Węgorzewo było kolejnym miejscem na spirali oczyszczenia i wzmocnienia kraju Energią Miłości. Od kilkunastu miesięcy pracowaliśmy też intensywnie z rozpuszczaniem kodów wojen, więc lokalizacja w pobliżu „Wilczego szańca” była bardzo logiczna, choć nie dostrzegaliśmy tego aspektu wcześniej. Pobyt nad jednym z największych kompleksów wodnych podpowiadał, że dużo prac będzie dotyczyło oczyszczania i dostosowania struktur wody do Nowej Ziemi.
   I faktycznie – prace, które zeszły dotyczyły tych aspektów, i to w zakresie znacznie głębszym i szerszym jak można było się spodziewać.
  Nie spodziewaliśmy się natomiast tematu Narodzin, Rodzenia, Tworzenia poprzez rodzenie Energetycznych Wzorców. Medytacje i związane z tym wydarzenia były niezwykłe – w jednej z medytacji Nauczyciele przygotowywali nasze ciała do Energetycznych porodów, aby zaraz po niej, co po niektórym urosły, nabrzmiały ciała, a przede wszystkim brzuchy. Najbardziej widoczne było to u Zosi, która wyglądała na 6-7 miesiąc „przy nadziei”. Coś nieprawdopodobnego, choć niektórzy z nas już nie raz przekazywali Wszechświatowi energetyczne wzorce poprzez ich rodzenie. Wielu z nas poczuło, że coś wpłynęło w nasze ciała, mężczyźni odczuwali dziwne wypełnienie w okolicy miednicy, ktoś się wzruszył do łez tym niezwykłym poczuciem. Wiedzieliśmy całym sobą, że jest to potrzebne, że uczestniczymy we wspaniałym akcie siania w nas samych dla nas wszystkich. Byliśmy mentalnie przygotowywani do „poświęceń” z tym związanych, choć nie odczuwaliśmy wzmożonego pragnienia na słodkie czy kwaśne. Było natomiast wewnętrzne poczucie czystości, podniosłego oczekiwania na zasianie, czy też rozwiązanie. U Zosi przyszło ono kilka dni później – wieczorem wypłynęły z niej złote kule Świadomości Chrystusowej, Świadomości Jedności i zasiliły one Ziemską Świadomość Ludzkości. Ktoś inny rodził wzorce nowych zwierząt, roślin, czy też nasion. Pewną synchronizacją i znakiem potwierdzającym te niezwykłe doświadczenia było uczestnictwo Joli i Grażyny w stanie błogosławionym. Tego jeszcze u nas nie było. Jola wraz z mężem pragnęła kolejnego dziecka od kilku lat, ale dopiero kilka tygodni przed zlotem przyszła pora na poczęcie nowego dziecka. Grażyna natomiast była już w zaawansowanym stanie, jak się później okazało, była to ich ostatnia eskapada przed porodem (niezwykle ciekawy i barwny opis porodu i komunikacji z duszą dziecka opisał Krzysiek, mąż Grażyny, który zamieściliśmy w ostatnim biuletynie). Mieliśmy, więc wspaniałą możliwość zgłębienia różnych stanów związanych z aktem narodzin, jego sposobem przechodzenia, przeżywania i nazywania. W języku polskim określa się go, jako ciąża, lub stan brzemienny. Obydwa określenia w ostatnich latach wyparły prawie całkowicie z języka potocznego, a tym bardziej medycznego sformułowania takie jak „przy nadziei”, „stan błogosławiony”. Świat nauki, a w ślad za nim ludzie, wybrali bardziej formę nazwy związaną z ciążeniem, ciężarem, brzemieniem, połogiem, tak jakby cały proces od poczęcia do rodzenia był faktyczną karą za grzechy, a kobiety musiały nosić i rodzić w cierpieniach. A przecież to niezwykły stan bycia dwojga w jednym ciele, oczekiwane na nowe życie, możliwość komunikacji emocjonalno-duchowej z jeszcze nienarodzonym dzieckiem. 
   Istotny jest też aspekt i współpraca rodziców, kształtowanie ich tożsamości jak rodziców, tej nowej jakości bycia razem, bo z jednej strony „jestem już matką", „jestem już ojcem", ale też „jesteśmy rodzicami”. I to, co jest często zapominane, a wymaga duchowej dojrzałości i odwagi powiedzenia – jesteśmy rodzicami, umożliwiliśmy przejawienie się kolejnej duszy na Ziemi; jesteśmy dawcami życia, ciała, ale to Bóg tchnie tą rzeczywistą iskrę życia – Duszę. W ten sposób jesteśmy ziemskimi rodzicami, ale duchowymi zawsze jest Bóg. I taką więź należy budować, przekazywać dziecku w łonie, a nawet jeszcze wcześniej, aby rodzić kosmiczne dzieci Miłości, człowieka zjednoczonego z Bogiem i całą ziemską i kosmiczną rodziną. 
   Bardzo pięknym uzupełnieniem prac z wodami Ziemi była „Woda Kontynentów”, którą rozczynialiśmy i piliśmy w trakcie zlotu. Z powstaniem „Wody Kontynentów” związana jest ciekawa historia, w której uczestniczyłem. Gdy byliśmy w grudniu 2008 roku w Austrii, odwiedziliśmy m.in. grotę Maryjną w Gutten koło Wiednia (na cześć Maryi z Lourdes). Jest tam też źródełko, które znane jest z uzdrawiających właściwości. Byliśmy tam z kilkoma osobami, które mieszkają na stałe w Austrii. Mieli oni ze sobą przygotowane pojemniki, butelki, aby zabrać trochę tej świętej wody. Gdy schodziliśmy, Tony powiedział, że słyszał o tym, że zebranie siedmiu ozdrowieńczych wód, zyskuje niezwykłą ozdrowieńczą moc. Wtedy poczułem, przebiegł przeze mnie duchowy impuls, że mam zbierać takie wody, aby stworzyć taką wodę. Wylałem, więc kupną wodę z butelek na drogę i pobiegłem na górę do groty po źródlaną, uświęconą przez Maryję wodę. Wiedziałem, że damy radę zebrać wody z siedmiu, a nawet więcej miejsc, bo przecież pielgrzymujemy po kraju, Europie, a nawet innych kontynentach. Nie wiedziałem jeszcze jak dokładnie mieszać wody, ale otrzymałem przekaz, że jak przyjdzie czas to otrzymam dalsze podpowiedzi i wskazówki. Na przełomie roku byliśmy na zlocie w Horyńcu, gdzie jak się okazało też było cudowne źródełko (opisywaliśmy to w biuletynie styczeń-luty 2009). Był to dla mnie kolejny znak. Opowiedziałem, więc na naszych spotkaniach, że dostałem takie zadanie, przesłanie, aby zebrać jak najwięcej świętych wód, wód z miejsc mocy, aby je zmieszać i podzielić się tą cudowną wodą. Odzew przyszedł szybko – ktoś przyniósł wodę z Lourdes (Lurt), Kremionek, wodę pobłogosławioną przez Ammę, hinduskę uzdrawiającą przez przytulanie. Z Ameryki Południowej przywieźliśmy wodę z Aparecidy w Brazylii. Znajoma, która była w Australii przywiozła wodę z źródeł mocy zlokalizowanych koło świętej góry aborygenów – Uluru. Tak oto kompletowałem wody z różnych miejsc objawień i mocy. Dzień przed wyjazdem do Węgorzewa, zaraz po tym jak wstałem usłyszałem: „Idź czynić wody”. Przekaz był bardzo mocny, energetyczny. Po chwili zeszły dalsze wskazówki: „podziel wody na wody z miejsc objawień Maryjnych i pozostałe”. Ustawiłem na stole pokaźną ilość butelek, którą podzieliłem na dwie części. Zszedł kolejny impuls mentalno-energetyczny: „zmieszaj połowę wód każdej części w jedno naczynie”. Już zacząłem czuć i rozumieć zamysł Nauczycieli. Gdy to zrobiłem usłyszałem: „pozostałą wodę zmieszaj ze sobą”. Tak oto otrzymałem trzy rodzaje wody. I wtedy usłyszałem ich nazwy: „Woda Maryjna”, „Woda Kontynentów”, „Święte Wody”, jak też to, że na zlot w Węgorzewie mam zabrać „Wody Kontynentów”, do Kołobrzegu „Wody Maryjne”, a do Garbicza „Święte Wody”. Towarzyszyła temu tak duża Energia, że byłem cały zgrzany, spocony, otoczony i wypełniony wirami, a w kuchni gdzie to robiłem, było więcej Światła jak światła. Gdy ochłonąłem, to usłyszałem, że tak oto powstał zaczyn wody, którą można mnożyć i uzdrawiać.
   Na jedną z pierwszych medytacji w Węgorzewie przyniosłem „Wodę Kontynentów” i opowiedziałem jej historię. W jej trakcie zdarzyło się coś, co prawie nigdy nie ma miejsca – niektóre osoby poczuły nagle konieczność wyjścia za potrzebą. Najpierw jedna, potem druga, przy trzeciej śmialiśmy się już, bo wiedzieliśmy, że woda zaczęła działać, nawet bez jej picia. Kto chciał, to po medytacji przelewał sobie trochę tej wody do dalszego rozczynienie i picia. Dodatkowym wzbogaceniem „Wody Kontynentów”, która stała na środku sali (pięknie to wyglądało – kwiaty, woda i świeca), były prace związane z duchowo-energetycznym łączeniem kontynentów, znoszeniem barier miedzy nimi, ludźmi je zamieszkującymi. Doświadczaliśmy naraz działania Ducha, Energii i fizycznej wody zebranej z czterech kontynentów Ziemi. Po tych zabiegach komuś przeszedł katar, znikły bóle, uspokoiła się psychika, a u kilku osób ruszył intensywny proces transformacji ciała, podniesienia ich wibracji, scalania się ciała ludzkiego z Ziemią i Kosmosem.

    Pracowaliśmy też dużo z duchami Natury, elfami, z istotami drzew, ziemi, powietrza i wody. Można śmiało powiedzieć, że ze zlotu na zlot coraz więcej prac energetycznych dotyczyło integrowania i poznawania świata natury, jego głębszego życia, które jest bardzo bogate, barwne i żywe. Mówiąc inaczej odkrywamy w sobie szamanów, uczymy się pod opieką Nauczycieli jak obcować i współpracować z Naturą.
    Mieliśmy też okazję pojechać na polskie safari. Kilkadziesiąt kilometrów od Węgorzewa pasjonat przyrody na początku lat dziewięćdziesiątych zaczął hodować jelenie, łosie, zebry, dziki i wiele innych zwierząt. Po kilku latach zdecydował się otworzyć do zwiedzania część swojej dzikiej hodowli. Była to niezwykła przejażdżka otwartymi samochodami przystosowanymi do przewożenia osób na naczepie po mocno falowanym terenie z wieloma gatunkami zwierząt, które mogły sobie swobodnie biegać po dużych przestrzeniach. Było ciekawie, pogoda dopisywała. Poczuliśmy przedsmak wyjazdu do Afryki, który mamy zaplanowany na listopad tego roku.
   Doświadczyliśmy też uzdrawiania dźwiękiem – Grażyna z Krzyśkiem dali koncert na gongu i misach. To była duża relaksacja połączona z medytacją.
   Wszystkie te wydarzenia tworzyły niesamowitą atmosferę jednoczenia, ogromne nasycenie przeżyciami, odczuciami, przekazami, oczyszczeniami i uwolnieniami. To jest coś niezwykłego i pięknego, móc w tym uczestniczyć, widzieć, czuć i rozumieć, że jesteśmy w czymś, co przyczynia się do osobistych i ziemskich uwolnień, sprowadzania Nieba na Ziemię, przeistaczania się w Miłość każdego z nas osobna dla nas wszystkich. Wszystko to było wsparte jeszcze staro indiańską ceremonią tzw. „szałasem potów”. Jest to bardzo mocna, głęboko oczyszczająca ceremonia, którą praktykują ludy indiańskie od tysiącleci, szczególnie przed podjęciem ważnych decyzji, rytuałach związanych z cyklami natury np. równonocą czy też przesileniami. Każdy szczep ma swoją tradycję, zwyczaje. W Węgorzewie „szałas potów” prowadził Marek z Beatą w tradycji Indian … To oni przybliżyli nam tą tradycję, to u nich pierwszy raz uczestniczyliśmy w tej ceremonii. Za każdym razem wnosiła ona w nas ogromną czystość i radość, nic więc dziwnego, że poprosiliśmy Marka o ich poprowadzenie w Węgorzewie, tym bardziej, że pomysł był inspirowany „z góry”. Z czasem przyszła też informacja, że mają być trzy ceremonie – dwie z osobistymi intencjami (do namiotu o średnicy około czterech metrów wchodzi maksymalnie trzydzieści kilka osób, a nas było ponad pięćdziesiąt), trzecia ostatnia miała być w nowej formule tj. na rzecz Ziemi. Łał … Wiedzieliśmy, że będzie się działo. I faktycznie, działo się, co nie miara i to na każdym planie naszego wielowymiarowego współistnienia. Zaczęło się od jednoczenia grupy w trakcie budowania szałasu. Najpierw wybraliśmy miejsce – nad samym jeziorem, niedaleko pięknego drzewa, co jak się później okazało swoje nieodkryte jeszcze dla nas wtedy znaczenie. Szukaliśmy kamieni i wierzby, z której robi się szkielet szałasu (wierzba według Indian symbolizuje Miłość, która się nie łamie, a łagodnie pochyla, jest elastyczna, poddaje się kształtowaniu nie tracąc jednak swojej natury). Drzewo na ogień do rozgrzania kamieni samo się znalazło tzn. pojawiły się osoby, które je miały, nie tylko odsprzedały, ale i zorganizowały transport na miejsce ceremonii. Kolejnym krokiem było dokładne wytyczenie miejsca, zdjęcie darni tak, aby po zakończeniu obrzędów można było zrekultywować teren. Im dłużej trwały przygotowywania, tym więcej osób w tym uczestniczyło. Pojawiała się coraz głębsza więź, schodził duch ceremonii. Pogoda dopisywała, słońce świeciło, pojawiały się też pytania, co do samego przebiegu tej mało znanej u nas tradycji. Gdy namiot był już gotowy i przyszedł odpowiedni czas Marek z Beatą opowiedzieli, na czym polega ceremonia, skąd wypływa, jakie są symbole i zwyczaje. Atmosfera podniosłości i znaczenia tego aktu była coraz głębsza i pełniejsza. Niektórzy obawiali się trochę, czy dadzą radę fizycznie wytrzymać temperaturę, ścisk, ciemność, zamknięcie. Nic dziwnego, nasza średnia wieku nie jest zbyt młodzieżowa, ale duch za to tak. Zaowocowało to tym, że prawie wszyscy weszli chociaż raz do szałasu, a ci, co nie mogli, to byli z nami w trakcie rytuałów.
   „Szałas potów” pełen jest wyzwań i symboliki. Kopuła szałasu, którą przykrywa się kocami, symbolizuje kulistą formę Ziemi. W środku szałasu wykopuje się niewielki dół, w który wkłada się potem rozgrzane do czerwoności kamienie. Symbolizują one jądro Ziemi, które daje ciepło, podtrzymuje życie na planecie. Wniesienie kamieni do szałasu tworzy świętą ścieżkę ognia – symbol zapłodnienia Ziemi przez Wieczny Ogień Wszechświata. Ludzkie wejście do szałasu jest duchowym, mentalnym, fizycznym powrotem do łona Matki Ziemi. Zanim jednak wejdzie się do szałasu, to przywołuje się Duchy Opiekuńcze siedmiu kierunków (czterech strony Świata, Niebo, Ziemię i święty środek – Serce). Polewanie kamieni tworzy wodą parę - nośnik życia, w którym przebywamy, zanim się narodzimy. W wyniku połączenia się ognia-ciepła, wody-pary pojawia się efekt pocenia, głębokiego oczyszczania, uwolnienia, powtórnych narodzin. Ważne są kolory, strony świata, przywołanie duchowych istot do uczestniczenia w tej ceremonii, ale najważniejsza chyba jest nasza intencja, z jaką w niej uczestniczymy. Dlatego też pierwsza runda jest rundą „Intencji”. Każdy uczestnik ma możliwość jej głośnego wypowiedzenia, aby wzmóc efekt przywołania świata duchowego do ich realizacji, jak też zyskać wsparcie uczestników ceremonii. Druga runda, to „Uwolnienie”. W jej trakcie można wypowiedzieć to, co jej uczestnik chciałby pożegnać, zostawić za sobą, aby być wolnym, radosnym, odpowiedzialnym, świadomym człowiekiem i duchem. Trzecia runda, to „Modlitwa”, w czasie której można prosić Wyższą Jaźń, Boga, Wszechducha o to, gdzie chcielibyśmy uzyskać Ich szczególne wsparcie. Czwarta, ostania runda to „Wdzięczność”, najlepszy czas na wyrażenie wdzięczności bliskim, sobie, Ziemi, Bogu. A potem jest czas na radość, świętowanie i cieszenie się nowym stanem. Można nawet przespać całą noc w szałasie, utwierdzając uzdrowieńcze działanie tej ceremonii, co też uczyniło kilku z nas.
    Trzy dni tego zlotu były poświecone tej ceremonii. Przed pierwszą Marek z Beatą wprowadził nas szczegółowo w klimat i ducha „szałasu potów”. Każdy mógł powiedzieć coś od siebie. Było wzniośle i radośnie. A że pracujemy, rozwijamy się nie tylko dla siebie, a dla nas wszystkich, dla Ziemi i Wszechświata to i działy się rzeczy i sprawy wielkie, doniosłe, niezwykłe. Już przy pierwszym szałasie zaczął tworzyć się duchowy szałas potów dla regionu mazurskiego, a potem dla całej Ziemi. Wiedzieliśmy, że do trzeciego namiotu wejdziemy z intencjami pomocy Ziemi, że będzie on inny od tych poprzednich i tych tradycyjnych. Zwiastowali to Duchowi Szamani Miłości, którzy zaczęli przybywać na tą ceremonię. To było coś niebywałego, ich obecność wnosiła nowe doznania i rozumienie tego, w czym uczestniczyliśmy. Na planie fizycznym mieliśmy dodatkowy symbol Miłości – kamień w kształcie serca, który znaleźliśmy przy ich wyszukiwaniu. Od razu zrodził się pomysł jego zakopania w miejscu szałasu po ostatniej ceremonii. Coraz bardziej wyczuwaliśmy, że Ziemia przygotowuje się do „szałasu potów”. Tak jak my dojrzewaliśmy do tego aktu, podczas którego ciężko sapaliśmy, pociliśmy się, tak też Ziemia przygotowywała się do tego aktu uwolnienia i oczyszczenia. Naszą rolą było wspieranie Ziemi, wspomożenie tego procesu, tak jak Ona nas wspierała wcześniej.
    Kochani! Niełatwo opisać to, co się działo, co czuliśmy, co widzieliśmy i słyszeliśmy, ale było to piękne, mocne, głębokie i wzruszające. Ziemia wzniosła intencje bycia planetą Miłości i Miłosierdzia, uwolnienia tego, co ją w tym krępuje, czy to z jej przyczyny, czy też innych czynników. Uwalniane były więc ograniczenia, obciążenia zarówno w jej wnętrzu jak i wokół niej. Prace miały zakres lokalny i globalny. Sięgały zamierzchłej przeszłości sprzed eonów lat, jaki i tych z ubiegłego wieku i ostatnich lat. Rozpuszczane były wzorce energetyczne, uwalniane kody wojny, szczególnie z II wojny światowej. Mocno zaakcentował się wątek nazizmu, który miał kilka kilometrów stąd swoją tajną siedzibę przez cztery lat (1941-1944). To nad Mamrami Hitler przebywał prawie trzy lata, tu rodziły się niektóre nieludzkie pomysły z piekła rodem, stąd płynęły najokrutniejsze rozkazy.
    Zdejmowane były klątwy i te ludzkie i te kosmiczne, uwalniane było to, co Ziemia sama na siebie nałożyła, za co też prosiła o wybaczenie u ludzi i Boga. Modliliśmy się wspólnie o Miłość i to, co Ona niesie ze sobą: pokój, radość, harmonię, spełnienie, jedność. Na koniec śpiewaliśmy razem z Ziemią: „Ziemia moim ciałem, wodą moją krwią! Powietrze oddechem, ogień siłą mą!”, aby po jakimś czasie zaśpiewać: „Bóg naszym ciałem, Miłość naszą krwią! Miłość oddechem, siłą mą!” To była czysta eksplozja radości i jedności. Gdy leżeliśmy w szałasie, odpoczywając po ceremonii zeszła wizja podłączenia do kamienia „Serca” sześciu energetycznych złotych spiralnych warkoczów, które miały na trwale połączyć ten region Ziemi z Jądrem Wszechświata, Boską Naturą Wszechrzeczy – Czystą Bezinteresowną Miłością. Zeszła też informacja, że siódma nić pojawi się później.
   W tym samym czasie, gdy trwał „szałas potów” na rzecz Ziemi, część z nas pojechała do Wilna, aby tam roznosić Ogień Miłości. Gdy dzieliliśmy się następnego dnia, to okazało się, że było wiele wspólnych przeżyć i odczuć, mimo że dzieliło nas prawie 400 km i brak kontaktu. Ale co niesie ze sobą Zawierzenie Miłości, Telepatia Miłości, to większość z nas już doświadczyła nie raz i wie, że wykracza to poza ramy rozumienia. Tego się po prostu doświadcza, żyje się w tym niezwykłym stanie, co zwie się Radość.
   Zlot zakończyliśmy w niedzielę, ranną medytacją mądrości, która od strony energetycznej polegała na byciu kanałem (czuliśmy duże przepływy, ale co dokładnie się działo nie wiedzieliśmy), jak też dzieleniu się tym, co kto poczuł, zrozumiał, przeżył. Było tam tak wiele mądrości, prostych, krótkich spostrzeżeniach, że śmiało można powiedzieć, że nie raz to sam Bóg tchnął w nas te myśli i odczucia. Po prostu zbliżyliśmy się do siebie, do Boga, wykonując po drodze kawał dobrej roboty.
Z radością i wdzięcznością,

Mariusz i Helena


 Więcej zdjęć z wyjazdu znajdziesz w naszej galerii zdjęć!

Udostępnij

Dodaj komentarz

capcha