Ta strona internetowa wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących plików cookies wyrażasz zgodę na ich używanie i umieszczanie na Twoim urządzeniu końcowym.X

CUDOWNY ZNAK
NOWYCH CZASóW

opis, przykłady działania

"Wzrastanie Boga w Człowieku" - Mariusz Brzoskowski - 25.02.2016

MENU
TERAZ ZBIERAMY NA STUDIO KOMPUTEROWE - budowę pomieszczeń, zakup sprzętu

O Od 2009 roku Fundacja „Świadomość Ziemi” wspiera sierociniec “Loving hearts helping hands” („Kochające serca, pomocne ręce”) w Ugandzie, który opiekuje się 170 bezdomnymi, osieroconymi dziećmi. Na stale sponsorujemy 7 dzieci (w 100% pokrywamy koszt ich utrzymania, edukacji i wyżywienia). Gorąco zachęcamy do przekazania kilku, kilkudziesieciu złotych na ten cel. W Ugandzie 10 zł wystarcza na dzienne wyżywienie, edukację i zapewnienie dachu nad głową jednemu dziecku. Wpłaty na konto Fundacji „Świadomość Ziemi” z dopiskiem– „Na dzień dziecka – dzieciom Ugandy”.Nr konta: 34 1090 1102 0000 0001 0346 6287.  

więcej o naszej pomocy tutaj 

Dołącz do nas na Facebooku!
Lokalizacja - kontakt

Fundacja "Świadomosć Ziemi"
z siedzibą w Gdyni 
Adres kontaktowy:
05-500 Piaseczno k.Warszawy
ul. Hemara 2
UWAGA:
godziny pracy biura są ruchome!
Zadzwoń i sprawdź:
tel. 509-905-498

Deklaracja Wolności

Deklaracja Wolności została zainspirowana 27 marca 2013r. przez Mistrza Saint Germain (za pośrednictwem naszej znajomej o duchowym imieniu Arameya), który składa w nasze ręce projekt możliwy do zrealizowania w Nowej Złotej Erze Ziemi. Deklaracja Wolności jest jedną z trzech części Manifestu Duchowego, który wraz z Inwokacją i Programem tworzą całość dokumentu, mającego zainspirować Ludzi Nowej Ery do działania, poprzez wprowadzanie w czyn światłych idei, przekazanych przez Wzniesionych Mistrzów i Istoty Światła Miłości. 

Link do Deklaracji Wolności 

STATYSTYKI

Od 04-2006 odwiedziło nas:
5 992 927 gości.

 

Aktualnie na stronie przebywa
2 gość/-ci.

Wyprawa do Ameryki Płd. - marzec 2009r.- cz.II

NASZA WYPRAWA ZA OCEAN - CZĘ˜ŚĆ TRZECIA
ARGENTYNA, BRAZYLIA, HISZPANIA, NIEMCY

Buenos Aires, Capilla del Monte, Rio de Janeiro, Madryt, Berlin, Warszawa

    Trudno jest pisać o czymś, co wydarzyło się prawie pół roku temu (jest wrzesień, a to było w marcu), spróbuję jednak, choć w jakiejś mierze przedstawić to, co przeżyliśmy, czego doświadczyliśmy, gdzie byliśmy, kogo spotkaliśmy. A działo się wiele na wszystkich planach. Wylot znad pięknych wodospadów do Bueons Aires przypadał na półmetku naszej podróży w dziewiąty dzień. Kto lubi numerologie może zgłębić nasze daty. Dla nas przy planowaniu wyjazdu istotne było też dotarcie do Capilla del Monte na obchody równonocy jesiennej u podnóża mistycznej góry Uritorco w centrum Argentyny. Program zresztą sam się tak układał, nie trzeba było za dużo kombinować. Nauczyciele wskazali najpierw miesiąc – marzec, potem graniczne daty i wystarczyło poddać się temu, co życie przynosi. Powiem szczerze, że lubię te duchowe, kosmiczne prowadzenie. Czuję duże bezpieczeństwo, mam świadomość, że wyższy duch czuwa nade mną, nad nami i pomaga nam, choć my czasami stawiamy niepotrzebny opór, czy też zbytnio analizujemy, znajdując iluzoryczną moc we własnej inteligencji, doświadczeniu, argumentach wewnętrznego gremlina (przebiegły potwór naszego umysłu; chytrego, podłego demona, który tylko czai się aby go wzmacniać w nas samych, rozdmuchując przy okazji nasze ego do jak największych rozmiarów). Nie ma kochani jak CZYSTY DUCH! Nie ma jak BóG! Naprzód z MIŁOŚCIĄ! Gdy nie wiedziałem jak działać, co robić przy organizacji tego wyjazdu, jak też i innych imprez organizowanych przez fundację, to staram się o tym zawsze pamiętać i poddawać duchowemu przewodnictwu, nawet gdy przeczy ono logice, zwyczajom itp.
      Dużo osób straszyło nas niesolidnością, oszustwami, napadami, z których znana jest Ameryka Południowa (tak przy okazji - nie zgadzam się z tą opinią), jak też niepunktualnością, niesolidnością tamtejszych linii lotniczych. A my proszę – łącznie dziewięć lotów, wszystkie o czasie, punktualnie, przez pół świata. Ale żeby nie robić zbytniej reklamy Aerolienas Argentinas, to powiem, że gdy wylądowaliśmy w Buenos Aires, to byliśmy jedynym punktualnym samolotem, a inne dziwnie jakoś się rozjechały z terminarzem. Powiedziała nam o tym zaraz po powitaniu Maria Fernanda, nasza przewodniczka, współorganizatorka argentyńskiej części podróży (poznaliśmy ją poprzez Ludmiłę z Krakowa, która inspirowała nas na planie fizycznym do wyjazdu do Ameryki Południowej i pomagała w planowaniu i tłumaczeniu). W autobusie każdy otrzymał od niej mapkę Buenos Aires, plan pobytu, nawet coś na wzór paszportu, z wyszczególnionymi atrakcjami turystycznymi w środku. Miłe i profesjonalne.
     Po Wodospadach Iguazu Buenos Aires dosadnie przypomniało, co to znaczy miasto, gdzie królują betonowe drogi, blokowiska, kamienice, smog, tłok, pośpiech. Było gorąco, architektura zupełnie inna jak w Rio de Janeiro – bardziej europejska, w stylu hiszpańskim. Nie ma się zresztą co dziwić – Argentyna, hiszpańska kolonia funkcjonowała przez prawie trzysta lat, aż do antyhiszpańskiego powstania Kreolów w maju 1810 roku.
      Gdy dojechaliśmy do hotelu, było już całkowicie ciemno. Szybko się zakwaterowaliśmy w niezłym hotelu, coś przekąsiliśmy i poszliśmy spać. Chciałem trochę odsapnąć z Heleną i poszliśmy na krótki spacer wokół hotelu. Ulice były pełne walających się papierów, ale nie było żebraków, ludzi śpiących na ulicy. Zapach tego miasta był specyficzny. Duch zresztą też. Porozmawialiśmy sobie trochę z Nauczycielami, duchem Argentyny i Buenos. Gdy wracaliśmy poczuliśmy, że ten spacer nie skończy się ot tak sobie. Poczuliśmy mocne pole ciemnych kryształów, ich siatki, wibracji, jakimi emanowały, manipulowały polami świadomości. Praca była ciężka, w jej trakcie staliśmy przy zakratowanej witrynie i długo „podziwialiśmy” argentyńskie buty, choć wewnętrzny wzrok widział i czuł inne podłoże.
   Rano pojechaliśmy zwiedzać miasto – mieliśmy wykupioną czterogodzinną przejażdżkę autobusem. Na początek Maria skierowała nas do centrum miasta, gdzie zrobiliśmy krótką sesje zdjęciową przed klasycystycznym Pałacem Kongresu, a potem zrobiliśmy przystanek na Plaza de Mayo (argentyński plac wolności – nazwa od powstania majowego), na którym znajduje się Casa Rosada – pałac prezydencki, a także katedra metropolitalna i dwa ratusze, jeden kolonialny, a drugi współczesny. Plaza de Mayo to ładny, przestrzenny plac z pałacem w fioletowym kolorze, który jest odgrodzony wysokim, metalowym ogrodzeniem. Jest to pozostałość po zamieszkach w 2001 roku i latach późniejszych (tutaj ludzie przychodzą wiecować, protestować, świętować), kiedy Argentynę ogarnął kryzys finansowy i rząd zatwierdził tzw. zamrożenie depozytów bankowych, czyli ich przepadek. Ludziom pozostawiono wtedy po około 500 euro z tego, co mieli na kontach bankowych. Reszta znikła, wyparowała, ale zobowiązania pozostały. To był coś, co nawet po ośmiu latach Maria wspominała z trudem, bo straciła wtedy całe swoje oszczędności. Szczęście, że nie była zadłużona, bo inni wszystko tracili. Tak oto w majestacie prawa, można stracić bardzo dużo w ciągu jednej nocy. Nie było mowy o umorzeniu kredytów, odroczeniu ich spłaty – był tylko tzw. zamrożenie, a spłacać trzeba było. Państwo ogłosiło niewypłacalność, ale ludzie nie mogli tego zrobić. Maria powiedziała, że bardzo dużo ludzi nie trzyma do dzisiaj pieniędzy w bankach, tylko tyle, aby wystarczyło na niezbędne opłaty kartą bankową. Ona też tak robi i jak oświadczyła, już nigdy nie zaufa systemowi bakowemu, który tak skrzywdził ludzi. No cóż, zobaczymy, co nam bankowcy i politycy zafundują w ramach obecnych działań antykryzysowych – oby natchnienia szukali w Niebie.
W katedrze dużym zaskoczeniem były dla nas bogato zdobione figury Maryjne – w szerokie stroje, białe, czarne, kolorowe. Po za tym atmosfera, zapach, symbolika podobna jest do europejskich klimatów katolickich katedr.
   Potem pojechaliśmy do kolebki tanga, portowej dzielnicy La Boca, z jej malowniczymi, kolorowymi domkami z blachy falistej i drewna. Od razu poczuliśmy atmosferę tanga, z której słynie Buenos Aires. Na ulicy stoją pary taneczne, które zapraszają na wieczorne pokazy. Bardowie grają, artyści prezentują swoje prace. Tworzy to tak fajny klimat, że nogi i ciało samo zaczyna się ruszać.
Objeździliśmy jeszcze bogate dzielnice miasta, z pięknymi kamienicami, rezydencjami, małymi parkami, Był tez polski akcent – pomnik Jana Pawła II.
   Po południu mieliśmy czas wolny, część z nas poszła do ogrodu botanicznego, w którym było bardzo dużo kotów – dużych, małych, rasowych i podwórkowych. Ale były też piękne paprocie, drzewa, kwiaty. Miejsce samo zaprosiło do medytacji na rzecz tego miejsca i miasta.
   Wieczorem udaliśmy się na kolejne dinner & show w trakcie naszej podróży. Będąc w Buenos Aires warto zobaczyć jak się tańczy tango w miejscu jego powstania, największego rozkwitu. Kiedyś ludzie żyli tutaj tym niezwykłym tańcem, dzisiaj nadal wyczuwalna jest aura i jego znaczenie dla mieszkańców Buenos. Maria poleciła nam pokaz z górnej półki (nie za tani, ale raz się żyje) – w słynnym Tango Portena (teatr, scena, tango show), które mieści się przy ogromnym placu, na którym wzniesiono w 1936 roku 70-metrowy obelisk, upamiętniający pierwszą próbę założenia tego miasta. Ogromne rondo jest częścią jednej z najbardziej ruchliwych i szerokich (200 metrów) ulic na świecie - Avenida 9 Julio. Zajazd pod Tango Portena był „filmowy”. Wieczorowo ubrani turyści, kamerdynerzy, światła, ciepły wiatr. Od razu poczuliśmy się jak na jakiejś premierze, znaczącym pokazie. W środku wystrój teatralny, z ogromną sceną, choć zamiast rzędów foteli były podesty z stolikami i krzesłami. Podobnie jak w Iglazu najpierw była część jedzeniowa (dużo skromniejsza, ale bardzo ładnie podana). Po uprzątnięciu stołów rozpoczął się pokaz, który był mieszaniną wielu stylów tanga, śpiewów, teatralnych i kabaretowych form przedstawienia. We wszystkim było tango, jego rytmy. Wszystko na wysokim poziomie, bardzo profesjonalnie i żywiołowo. Akompaniowała wspaniała orkiestra, która była usytuowana nad sceną, co dawało zupełnie inny odbiór aniżeli w tradycyjnych teatrach, operach. Najpiękniejszy jednak był sam czar tanga, gra ciał, emocji, namiętności.
   Jedenastego dnia podróży grupa podzieliła się na dwie części – jedna pojechała statkiem do Urugwaju, druga udała się w kombinowany rejs po ogromnej delcie Rio de la Plata (21000 km2 – jest to tak ze trzy razy więcej jak Zatoka Gdańska), gdzie łącznie około 5000 odnóg rzek Parana i Urugwaj wspólnie wchodzą do Oceanu Atlantyckiego. Region ten mający prawie 750 tys. km2 nazywany jest w Argentynie i Urugwaju pampa i stanowi najlepsze naturalne warunki dla rolnictwa na całej Ziemi. Kombinacja tysięcy nitek - dróg wodnych, zbudowanych tam osad, jak i luksusowych rezydencji tworzy niezwykły klimat i atmosferę. Aby jednak dostać się do nich z Buenos Aires, to trzeba wypłynąć na szerszą część delty (nie widać drugiego brzeg). Woda w ujściu jest brunatna, fale wysokie jak na morzu. Przewodniczka powiedziała, że stąd aglomeracja miejska czerpie pitną wodę, która jest tutaj czysta, wystarczy ją tylko lekko przefiltrować, oczyścić z brunatnego nalotu, który jest naturalny, nieszkodliwy dla zdrowia. Zaczęliśmy jednak wyczuwać dziwne struktury pod wodą, jak i w samej wodzie. Co to jest? Odczucie mówiło nam, że nic dobrego. Skończyłem, więc podziwianie widoków z otwartej rufy stateczku i poszedłem wziąć przekaz:

Przekaz otrzymał Mariusz Brzoskowski, dn. 19.03.2009r. ok. godz. 10.00 (Buenos Aires, na łodzi)
Słucham Was, Nauczyciele Miłości!
Ta podróż uczy Cię - Was innego rodzaju słuchania, odbierania, pracowania. Najważniejsza jest ciągła gotowość, otwartość, nasłuch. Wtedy płynie się jak tą rzeką, również ogromną w swej delcie.
Słyszałeś i poczułeś podwodne, rzeczne kanały. One oddziaływały na wodę energetycznie, kodowały ją na swój istotny sposób. Wasze wycieczki (obie) zdejmują tę siatkę, niskowibracyjną impulsację, czym umożliwią powtórną absorpcję Światła i wibracji Miłości. Główny kryształ – generator jest w głębi lądu i pewnie go dzisiaj usuniemy. On działał niezależnie, energetycznie od tego pod miastem (nawiązanie do naszej wczorajszej pracy-przypis M.B.), choć z jednej drużyny był. Czas przeszły – dla Nas jego już nie ma, bo się dokonuje, a to oznacza zwycięstwo, czyli fakt. Tak się pracuje, tak się działa. I właśnie teraz tak pracujecie – dokonujecie zaplanowane, czyli zwyciężacie.
Z miłością,

Saint Germain, Jezus i wielu innych wraz z Duchem Argentyny i Kontynentu

    No i stało się jasne – czym można zainfekować piękne i ważne miejsca? Niskimi wibracjami, polem demonicznej świadomości (nienawiści, walki, rywalizacji), ciemnymi kryształami. Co człowiek robi codziennie – je, pije, oddycha i myśli. Gdy te sfery obejmie diabelska pajęczyna, to ma ona ogromny wpływ na życie i świadomość człowieka. Tutaj dotyczyło to dziesiątek milionów ludzi, milionów ton produktów żywnościowych.
    Gdy wróciłem na rufę, to szła już praca. Znowu byliśmy dziwnymi turystami – trochę nienaturalnie stojącymi w grupce, z lekko przymkniętymi oczyma, skupionymi bardziej wewnątrz jak na zewnątrz, gdzie naprawdę były ładne widoki. Ale jakoś tak wyszło, że inni turyści pojawili się tam tłumnie dopiero, gdy myśmy skończyli świadomy fragment pracy, która zdejmowała szare, ciemno krystaliczne siatki, a w ich miejsce spływały dużo Światła, jak też czysto świetliste struktury i pola Świadomości Chrystusowej.
  Po skończonej przejażdżce stateczkiem był czas na lody, krótkie zwiedzanie małego przybrzeżnego portu. Kolejny etap wycieczki po delcie odbył się pociągiem. Dojechaliśmy do jakiegoś miasteczka z XVI wieku i mieliśmy pół godziny na zwiedzanie, które w naszym przypadku skupiło się na dojściu do stylowego kościółka i wykonaniu finalnej pracy oczyszczającą deltę u jego podnóża.
   Do hotelu wróciliśmy małym busem, bogatsi o film z tej wycieczki (większość czasu towarzyszył nam dodatkowy przewodnik z kamerą). Późnym wieczorem wróciła grupa z Urugwaju, z miasteczka kontynentalnego, gdzie czas jakby się zatrzymał. Oni też się ostro napracowali, szczególnie na statku.
   Dodatkowe wytłumaczeni znaczenia tego dnia przyszło jeszcze po powrocie do kraju, w postaci przekazu:

Fragmenty przekazu Mariusza Brzoskowskiego z dn.10.04.2009r. godz. 6.35
Drodzy Nauczyciele! Dziś Wielki Piątek. Miałem wcześniej pytania o X zjazd – czemu miał być przed Wielkanocą? Co się wydarzyło, dokonało? Wasze spojrzenie na zjazd, może jeszcze coś o naszym wyjeździe do Ameryki Południowej?

Odpowiada Saint Germain z Jezusem w imieniu Duchowego Świata Miłości,

   Wydarzenia były znamienite – Wasze prace w Argentynie z dezaktywacją kodów, kryształów ciemności i ich siatką w wodzie wokół Buenos Aires miały duże znaczenie i swój cząsteczkowy wkład z pracami z wodą na Ziemi, oceanami. Rzadko się zdarza, aby tak mocno była zainfekowana woda a raczej jej pole nośnikowo-informacyjne przez struktury sił ciemności. Czyste (tłumaczenie nazwy Buenos Aires) zostało, było tłumione przez przekodowaną wodę. Historia jak do tego doszło jest długa, choć w ujęciu kosmicznym, historii Ziemi malutkim ułamkiem linearnego czasu. Ale w ujęciu oddziaływania na wydarzenia i świadomość ma znaczący już procent udziału. Woda pitna dla wielu milionów ludzi od kilku stuleci, woda, która wpływa do oceanu i przenosi wibracje ciemności, aby je roznosić różnymi prądami po całym ziemskim świecie. Każdy wie, że woda ma swoje ścieżki – gdy dach jest gdzieś dziurawy, to często woda zalewa odległy od tego miejsca teren. I długo trzeba szukać tej dziury, czasami trzeba naprawić cały dach. To była taka jedna z dużych, choć ukrytych dziur, które rozlewało się po wielu miejscach Ziemi. Dzięki naszym wspólnym pracom została ona nie tylko załatana, a całkowicie przebudowana, odnowiona, przemieniona w Wodę Miłości, Wodę Radości, Wodę Płodności. Skażona była woda słodka, pitna, która daje życie ziemskiej florze i faunie (słona woda bezpośrednio odżywia tylko morza i oceany, dopiero po jej przetworzeniu w wyniku parowania i przefiltrowania w biosferze Ziemi powraca do globalnego zasilania ziemi sobą). To wszystko daje obraz jak łatwo jest przenosić różne informacje przez określone nośniki. Woda ma niesamowitą zdolność samooczyszczania, również informacyjnego. Ale ten proces można wspomóc, przyśpieszyć a nawet nadać mu nowego charakteru. Wspomnieliśmy wcześniej o wodzie Miłości – Płodności. Takie generatory, siatki zostały wprowadzone w tych miejscach gdzie było ciemno i mroczne (choć nie zawsze w to samo fizyczno-eteryczne miejsce, bo często musi się ono zregenerować, odrodzić, aby móc stać się miejscem mocy – już wiesz o co chodzi), aby umożliwić budowanie oparte na Miłości czyli stworzyć miejsce, czas i przestrzeń do swobodnego dostępu do zawiesiny Miłości. I to był kolejny etap tego, co cały czas robiliśmy. Roznosiliśmy Czysty Zaczyn Miłości, sialiśmy plankton Miłości, aby każdy mógł się nim odżywiać, korzystać z jego nieograniczoności i nieskończoności.

(-)


    Dwudziestego marca w piątek polecieliśmy do Cordoby. To był już nasz piąty lot. Coraz sprawniej szła nam odprawa, poruszanie się po lotnisku. Stanowiliśmy już zgrany zespół, który wie co i jak, choć zawsze trzeba zachować odrobinę uważności. Lot był krótki, tak z półtorej godziny. Widoki z okna ukazywały płaskie przestrzenie, ogromne połacie pól, czasami zasianymi, obrabianymi w dokładnie kolistym kształcie. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że obrotową długa rurą nawadniane są te powierzchnie, a jej ruch wokół ujęcia daje koło. Rolnictwo stanowiło i stanowi naturalne bogactwo Argentyny, które dotykane jest rozmaitymi klęskami naturalnymi (w zeszłym roku z powodu suszy padło z pragnienia 200 mln sztuk bydła) i innymi przykrymi doświadczeniami jak np. z genetycznie modyfikowaną żywnością. Argentyna szeroko otworzyła swój rynek na ten rodzaj upraw, w której rolnik praktycznie uzależnia się od chemicznych korporacji (ziarna są patentowane i trzeba je kupować co roku od chemicznego producenta). Dodatkowo okazuje się, że uprawy GMO przyczyniają się do spadku produkcji, zaburzają równowagę przyrody w istniejących ekosystemach i w dalszej kolejności powodują najgorsze skutki jak: wyjałowienia gleby, niskie plony i stałe zagrożenie chorobami. Np. o ekologicznej i ludzkiej katastrofie w Argentynie, jednym z głównym producentów GMO-soi na świecie, doniosło w kwietniu 2004 czasopismo naukowe “New Scientist”. Utrata skuteczności pestycydów i herbicydów zmusza tam rolników do stosowania ich mieszanek o zwielokrotnionej toksyczności, wynikiem jest rosnąca zapadalność na alergie i choroby dróg oddechowych wśród ludności wiejskiej i pracowników rolnych, obserwuje się coraz liczniejsze defekty płodu u ptaków i postępującą erozję gleby (Źródło: www.greenpeace.org/deutschland/?page=/deutschland/news/gentechnik/argentiniens-bittere-gen-ernte).
    Mimo wielu osobistych tragedii rolników uprawiających GMO (bankructwa, choroby, a nawet z tym związane samobójstwa), licznych badań naukowych potwierdzającymi szkodliwość takich rozwiązań, rokrocznie rośnie produkcja globalna GMO, a Argentyna jest drugim na świecie producentem genetycznie modyfikowanej żywności, jak też drugim krajem w świecie, po USA, który rozpoczął uprawę GMO w 1996 roku. Była to soja RR (odporna na herbicyd glifosat). Aktualnie w Argentynie rośliny genetycznie zmodyfikowane stanowią 100% zasiewów soi, 94% bawełny i 80% kukurydzy. Niestety, do Polski trafia prawie 2 mln ton śruty rocznie (pasza dla zwierząt). W 90 proc. pochodzi ona z Argentyny, co oznacza, że prawie w całości jest śrutą GMO! Oznacza to, że wszystkie polskie kurczaki i świnie są od kilkunastu lat karmione paszami z udziałem soi GMO! Te dane są miażdżące, warto więc zwrócić uwagę na przepisy z tym związane. W kraju od jakiegoś czasu trwa kompania „Stop dla GMO w Polsce” zorganizowana przez ICPPC - Międzynarodową Koalicję dla Ochrony Polskiej Wsi z bogato dokumentowaną stroną internetową http://www.icppc.pl/.
   Trochę odszedłem od głównego tematu relacji, ale żywność modyfikowana genetycznie to biznes, który tak jak większość biznesów nie zwraca uwagi na Naturę, ekologię, zdrowie, człowieka, a ukierunkowany jest tylko na szeroko pojęte zyski.
    Na lotnisku w Cordobie powitała nas Ana Maria, kolejna znajoma Ludmiły. Ana od kilkunastu lat mieszka w Capilla del Monte, prowadzi tam różne duchowe kursy, szkolenia rozwoju osobistego jak i wycieczki po mistycznych miejscach tego regionie. A jest ich wiele, tak jak np. eteryczne miasto ERKS. Nie znaliśmy dokładnie ich historii i znaczenia. Ludmiła opowiadał tylko, że są to niezwykle silne miejsca energetyczne, w których bardzo dobrze się czuła, gdy była tu w ubiegłym roku. Po za tym Nauczyciele podpowiadali, abyśmy tam pojechali.
   Zaraz po powitaniu z sympatyczną Aną i tłumaczem, Anna powiedziała, że według niej nasz przyjazd w to miejsce jest trochę za krótki, że powinniśmy pobyć tutaj co najmniej pięć dni, aby poczuć, zrozumieć, przyjąć to co oferują te góry, odkryć ich znaczenie. Dodała, że na koniec powie nam, po co tutaj przyjechaliśmy. Częściowo wiedzieliśmy, natłok zajęć i przygotowań z reguły nie pozwała na szczegółowe rozpoznanie. Poza tym kierujemy się zasadą, że lepiej nie wiedzieć za dużo na przód, a poddać się bezpośrednim odczuciom i przekazom.
   Załadowaliśmy dwa busy po sufity, (25 osób z bagażami), parę dziewczyn musiało skorzystać z męskich kolan i pojechaliśmy wzdłuż pasu górskiego Sierra Chica do Capilla El Monte, miasteczka odległego o jakieś 180 km. od Cordoby. Trasa wiła się u podnóża gór, mijane miasta, wsie i osady były nie za bogate, ale przyjemnie spokojne i czyste. Widać było duże wysuszenie gleby, trawy były pożółkłe. Ana powiedziała, że od dwóch miesięcy nie padał tutaj deszcz, i że jest to długo jak na ten okres roku, oraz to, że ludzie i natura czekają z utęsknieniem na krople wody.
   Hostel, w którym się zakwaterowaliśmy był przestronny, czysty, wygodny, z tarasem wychodzącym prosto na szczyt mistycznej góry Uritorco. Gdy się na nią patrzyło, przebywało w jej obecności, to czuło się jej urok i moc. Mieliśmy spać tutaj trzy noce, więc tym lepiej. Byliśmy ciekawi tego miejsca i obrzędów równonocy, w których mieliśmy uczestniczyć. Pierwszą z nich była ceremonia mis kryształowych, na którą pojechaliśmy następnego dnia. Niedaleko miasteczka, jadąc polną drogą zaczęliśmy mijać coraz większe, potężniejsze skały. Wyrastały one z ziemi jak słynna góra aborygenów Uluru. Ciekawe, że nazwy obu świętych gór rozpoczynają się na „U”. Graficznie „u” jest otwarte, jest jakby czarą, którą można napełniać. Czym można napełniać góry, skały, jak nie Kosmiczną Miłością. Tak jak to odbieram, a uświadomiłem sobie dopiero pisząc ten tekst. Po kilku pokaźnych kompleksach skalnych tak wysokich na dziesięć, a może i więcej metrów zatrzymaliśmy się na polnym parkingu, u podnóża jeszcze wyższych skał. Gdy weszliśmy na ich szczyt specjalnie przygotowaną ścieżką, to zobaczyliśmy piękne miejsce, pośrodku którego było ponad dwadzieścia osób - szamanów usadowionych w kręgu z kryształowymi misami różnej wielkości. Od razu poczuło się klimat spotkania. Ludzie ubrani trochę jak dzieci kwiaty, długie włosy, serdeczne powitania. Ana znała organizatorów, ale nie było czasu na prezentację, bo po chwili rozpoczął się koncert. Popłynęły pierwsze dźwięki, które zaczęły roznosić się po płaskowyżu, jak też przenikać ciało i świadomość. Przed rozpoczęciem koncertu prowadzący powiedział, że są oni członkami międzynarodowego stowarzyszenia. Na kartce ozdobionej serduszkami, były wypisane po angielsku i hiszpańsku intencje, przesłania tej ceremonii – Harmonia, Akceptacja, Współodczuwanie, Tolerancja, Radość dla całej planety Ziemia. Dodał, że w tym samym czasie dźwięk mis wraz z ich intencją rozniesie się w ponad pięćdziesięciu krajach na sześciu kontynentach naszej planety. Każdy, kto pracuje energetycznie, medytuje grupowo ten wie, jaki nośnik i kanał się wtedy wytwarza. „Mrożone” misy pod wpływem kręcenia po nich odpowiednimi pałeczkami wydawały głębokie i przenikliwe dźwięki o silnym rezonansie, brzmiały czystą formą wnikając nie tylko w nas, ale w Ziemię i czasoprzestrzeń. Szybko poczuliśmy te wielowymiarowe połączenia. Fale, które przepływały przez nasze ciała odprężały nas, szczególnie oddziaływały na kręgosłup i czaszkę, wprowadzając nas w stan medytacyjny o dużej skali wewnętrznej ciszy. Prawie dwie godziny ceremonii zleciały bardzo szybko, mimo że żar lał się z nieba. Organizatorzy roznosili wodę do picia, która niejednemu pomogła przejść ten czas w dobrej kondycji. Gdy do mnie dotarła butelka, to poczęstowałem tą wodą bardzo spragnionego psa, który towarzyszył nam w trakcie tej ceremonii. Były też orły nad nami, które zlatywały się w miarę koncertu, aby zaraz po jego zakończeniu rozlecieć się we wszystkich kierunkach, przekazując nam tym samym duchowe przesłanie roznoszenia tej ceremonii po świecie. Potem mogliśmy porozmawiać z szamanami i ludźmi tam będącymi. Były tam też Polki, ze Stanów Zjednoczonych, które były bardzo pozytywnie zdziwione nasza obecnością. Myślały, że są jednymi polskimi łącznikami, uczestnikami, a tu proszę. Wszyscy zresztą przyjmowali nas z otwartością i ciekawością, co nas tutaj sprowadziło. Gdy mówiliśmy, że specjalnie przyjechaliśmy na te ceremonie, to byli naprawdę radośnie wzruszeni. My również, bo było to dla nas duże przeżycie. Tak je opisała Helena w kilka dni po powrocie:
    „Niesamowity rytuał, piękna energia, moc i żar słońca (było ponad 40 stopni), czystość dźwięku mis krystalicznych – to wszystko sprawiło, że każdy z nas wszedł w pole medytacji i pracy osobistej ze swoją prapamięcią tego miejsca. Widziałam wiry energetyczne, które pracowały z Ziemią. Widziałam fizyczne orły na niebie, które przyleciały na dźwięki mis i innych instrumentów ( na początku był jeden, a na koniec było ich już dziewięć). Tak, to miejsce było jak łączenie – dźwięku, żaru, powietrza, ziemi. Będąc tam niewiele myślałam, tylko odbierałam obrazy, wizje, słuchałam Mistrzów, odczuwałam ciałem to wszystko, co mnie otaczało w danej chwili. Na koniec odczuwałam Jedność – chwili, obcowania z ludźmi, dźwiękami, a nawet z psem, który również uczestniczył w tej ceremonii. Na koniec mistrz ceremonii zaprosił wszystkich, aby połączyły się w kręgu i zaintonowały dźwięk OM (trzy razy). Nie udało nam się stanąć w okręgu, bo samoistnie ustawiliśmy się w krąg, ale w postaci serca (!). A później była jedność dźwięku, energii i łączenia z Ziemią, naturą, Prawdziwa jedność”.
    Wieczorem zwiedzaliśmy miasteczko, które ożywało po dwudziestej. Tutaj to norma. Sklepy, restauracje są zamykane o 14,15-tej, i otwierane na kilka godzin o 20-tej. Życie toczy się gdy temperatura spadnie, obiad je się praktycznie w nocy, tak około 21-ej. U nas żołądki pracowały ciągle po staremu, i gdy prosiliśmy o wcześniejszą porę obiadokolacji to budziło to duże zdziwienie. Nie było wyjścia, trzeba było się dostosować. Dodatkowym utrudnieniem było to, ze kuchnia argentyńska oparta jest głównie na mięsie i nie łatwo było znaleźć wegetariańskie dania, tym bardziej, że mało kto mówił tam po angielsku. Każdy jednak radził sobie jakoś, dodatkowo dzieliliśmy się też rozpoznanymi miejscami i nazwami potraw.
   W niedzielę 22 marca udaliśmy się do miejsca o nazwie Ongamira, gdzie uczestniczyliśmy w ceremonii tysiąca bębnów. Droga była znacznie dłuższa jak wczoraj, bardziej malownicza, a skaliste góry były coraz większe, masywniejsze, wyższe. Wiele z nich przypomina łudząco jakieś zwierzęta, istoty, widać było wtopione w skały twarze. Czuło się niezwykłą moc, jak też jakieś ukryte przesłanie tych skał. Jadąc mijaliśmy osoby, które szły pieszo, całe zlane potem od temperatury, słońca i marszowego wysiłku, bo od głównej drogi jest jeszcze jakieś pięć kilometrów do miejsca, na której odbyła się ceremonia tysiąca bębnów. Gdy wysiedliśmy z samochodów ukazała się nam duża polana, która graniczyła z jednej strony ze skałą wysoką na jakieś 40-50 metrów, długą na 100 metrów, stanowiąca część ogromnego kompleksu skalanego. Byliśmy pod wrażeniem energetyki i atmosfery tam panującej. Powitaliśmy to miejsce zwracając się do ducha i opiekunów tego miejsca, wypowiadając następujące słowa: „O świetliste istoty, opiekunowie tego miejsca, witamy was. Przyjmijcie i otoczcie nas swoją opieką, niech Bóg Was błogosławi”. Było tam już dużo osób, ludzie przybywali tam całymi rodzinami, z dziećmi. Wszyscy stanowili barwne zbiorowisko, o różnych stylach ubrania, kolorze skóry, ale wyczuwalna była atmosfera oczekiwania na to, co miało się wydarzyć. Wspólnym elementem dla większości osób tam będących, było posiadanie jakiegoś bębna, bębenka, instrumentu wydającego dźwięki. Część osób miała na nogach i rękach muszelkowe korale, które wydawały specyficzne tony, gdy się chodziło, a tym bardziej, gdy się tupało czy rytmicznie potrząsało rękoma. Myśmy pod tym względem nie byli przygotowani, ale całym sercem i duszą jednoczyliśmy się z tymi ludźmi i tym miejscem.
     Ana Maria skierowała nas na ścieżkę, która prowadziła na szczyt pobliskiej góry. Po chwili marszu u podnóża ogromnych, ceglastych skał, weszliśmy w wysoką szczelinę pomiędzy dwoma skałami. Wyczuwało się dużą energię, typową dla energetycznych portali. Miejsce było niezwykłe, energie mocne. U niektórych pojawiły się wizje i przekazy. Ana powiedziała później, że to pomaga w przejściu w wyższe wymiary.
    Im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej stapialiśmy się z tą ziemią, tym miejscem. Gdy weszliśmy na samą górę, to widok zaparł dech w piersiach, a serce i ciało było szczęśliwe. Poczuliśmy głęboką duchową więź. Patrzyliśmy i podziwialiśmy przepiękne tereny, wysokie skały, formy, jakie tworzyły. Czuliśmy ich przesłanie, odbieraliśmy fale, światło, które wydzielały, którym się dzieliły. Jedna ze skała naprzeciwko jest słoniem (patrz zdjęcie) - mądrością i stróżem tego miejsca. Po drugiej stronie było widać kilkanaście twarzy, skalnych szamanów – tych, co niosą duchowe przesłanie, pośredniczą między światem minerałów, ludźmi, a niebem. Wszystko to wprowadziło nas w przyjemną zadumę, osobisty odbiór tego miejsca. Po jakimś czasie spontanicznie rozpoczęła się medytacja – łączyliśmy się z tym miejscem, ludźmi tutaj mieszkającymi i przybywającymi, nasączaliśmy się duchowo-energetycznym przesłaniem tego regionu, przyjmowaliśmy i przekazywaliśmy kody i matryce, które mogły i miały dać temu miejscu nasze dusze, błogosławiliśmy, będąc kanałami Miłości.
    Gdy wróciliśmy na polanę, przygotowania do ceremonii były już prawie skończone. Pośrodku stało kilkadziesiąt bębnów, z boku było ognisko. Po jakimś czasie zaczęliśmy ustawiać się wokół polany, (było chyba z sześćset osób, może więcej), a przy bębnach stanęło kilku szamanów, mistrzów ceremonii. Dzieci rozpaliły ogień (dzieci – symbol duchowej czystości, ogień – wiecznego ognia Wszechświata). Padło kilka słów o tym, że zebraliśmy się po to, aby oddać cześć Ziemi, Naturze, Żywiołom, istotom Duchowym, jak też pomóc w oczyszczeniu Ziemi, przejawieniu pokoju, harmonii i braterstwa miedzy ludźmi, dostrojeniu się do kosmicznych wibracji Źródła.
   Pierwsze uderzenia w bęben zelektryzowały uczestników – wszyscy zaczęli bębnić, tupać, kołysać, podskakiwać. Główny rytm, takt bębnienia nadawała dwójka szamanów – młody mężczyzna i kobieta. Pierwotny dźwięk bębnów przenikał ciało, rozlewał się po polanie, niósł się daleko i głęboko. Tak to opisała Helena:
   „A potem przez kilka godzin brzmiały rytmy i dźwięk bębnów. Magia dźwięku i rytmu. Kto raz to przeżył, ten wie, że nie można tego opisać. Rytm Ziemi, siła i moc serca Ziemi. Każde tupnięcie nogą jak echo odbijało się w „płucach” Ziemi i ona oddawała falą zwrotną rytm i dźwięk. Byłam częścią Ziemi, całkowicie zjednoczona z nią, z jej siłą, mocą, energią, żywotnością. Fala po fali, wir, który rozkręcał się pod nami wynosił i nas i potęgę Ziemi ponad wszystko. Jedność ludzi i ziemi. Śpiew, krzyk, tupanie, bicie bębnów. To miejsce żyło swoim niepowtarzalnym życiem, Ziemia odpowiedziała ludziom na ich przywołanie. Ziemia znała intencje ludzi – „otwórz się na nas, a my oddamy ci naszą miłość” i Ona otworzyła się i przyjęła nas i naszą miłość.
   Misterium tej ceremonii miało przejawienie w ludziach, górach, roślinach, ptakach. A na koniec piękna cisza, kiedy galopowanie ludzkiego serca zlało się z galopowaniem serca Ziemi i powoli razem uspokajało się, aby żyć jednym rytmem”.
    Kochani! To było naprawdę mocne przeżycie. Tak mocne, że gdy pokazywaliśmy po powrocie filmy z fragmentami ceremonii wiele osób wzruszało się, płakało, chciało natychmiast tam lecieć. Te dźwięki przypominały, co człowiek zapomniał, uzdrawiając jednocześnie ciało i świadomość nie tylko ludzi, ale całej natury, Ziemi. Szkoda, że u nas nie ma takich ceremonii, bo czynią one dużo dobrego, pozwalając jednocześnie wniknąć tam, gdzie czasami nie mamy dostępu, blokujemy się. Bębnienie, tym bardziej w takiej intencji, to bardzo głębokie, fizyczne i duchowe przeżycie.
   Po jej zakończeniu pobyliśmy tam jeszcze kilka godzin. Wspólny posiłek, tańce zbliżyły nas do siebie. Nawiązywały się znajomości, głównie za pomocą języka migowego, i otwartości serca. Korzystając z obecności znajomej Anny, która znała angielski, mogliśmy sobie porozmawiać trochę więcej. Ana zapytała się czy wiem, jakie znaczenie ma Ameryka Południowa dla zmian zachodzących na Ziemi, czy wiem o jej szczególnym przesłaniu. Nie wiedziałem tak do końca, choć miałem świadomość istotności, ważności, więc poprosiłem o więcej informacji. Usłyszałem, że według niektórych przekazów to właśnie ten kontynent, a właściwie ten region, jako fizyczne i energetyczne centrum Argentyny odegra najważniejszą rolę, jest największym generatorem energetycznym na Ziemi. Niewątpliwie to, czego doświadczyliśmy było niezwykłe, ale nie mieliśmy ani takiego odbioru, ani przekazu to potwierdzającego. Opowiedziałem im trochę o tym, jak my pracujemy, jak tutaj trafiliśmy, że jesteśmy pod wrażeniem miejsca i ludzi, ale pracowaliśmy już w kilku punktach o podobnych właściwościach, że obecnie są uruchamiane coraz to nowe portale, że Nowa Ziemia będzie energetycznie inna od tej, co jest teraz, jaka była za Atlantydy, a my przylecieliśmy tutaj jako łącznicy, pomosty, kanały, które mają nas łączyć i wzbogacać. Ana kiwnęła głową, dając znak, że też tak to czuje.
   Przed odjazdem stanęliśmy na środku polany w kręgu, złapaliśmy się za ręce i trzykrotnie zawołaliśmy: „O świetliste istoty, opiekunowie tego miejsca, dziękujemy za gościnę i opiekę. Żegnamy i niech Was Bóg błogosławi”. Wtedy podszedł do nas jeden z szamanów i w imieniu wszystkich podziękował za nasz przyjazd. Powiedział – „JESTEŚMY JEDNĄ RODZINĄ”. Myślę, że jego słowa wyraziły to, co wtedy czuliśmy. Pomachaliśmy na pożegnanie i wróciliśmy do hotelu, choć obrzędy i celebracja równonocy trwała tam do następnego dnia.
    Zanim tutaj przyjechaliśmy ciekawiło nas spotkanie z szamanami. Jacy będą, jakimi zdolnościami są obdarzeni, czy będą nas wspierać, czy też próbować wpływać na nas w jakiś tajemny sposób? Osobiście nie obawiałem się, bo zawierzyłem to Bogu, ale też byłem ciekawy tego spotkania. U większości z ludzi nadal funkcjonuje obraz szamana, jako starego Indianina z pióropuszem na głowie, ubranego w zdobione szaty z przyczepionymi woreczkami, talizmanami, ziołami, tupiącego, pokrzykującego jakieś słowa w nikomu nieznanym języku, wnikającego w zakamarki ciała i duszy, coś tam tajemniczo czyniącego, nie zawsze dobrze, bo jak się rozeźli, to może nieźle przywalić. Może przesadzam, ale w większości to, co widziałem w telewizji, czytałem i oglądałem w czasopismach, to tak to mniej więcej wyglądało. Czytałem też o szamanach, którzy kochają ludzi, naturę, pomagają Ziemi, ale generalnie obraz tupiącego szamana przeważa w ogólnej świadomości.
Nasze pierwsze spotkanie na koncercie mis kryształowych przyniosło miłe zaskoczenie. Spokojni, uśmiechnięci, życzliwi ludzie. Młodsi i starsi, kobiety i mężczyźni o rożnych odcieniach skóry. Czuliśmy dużą więź, tym bardziej, że patrzyli nam prosto w oczy, rękoma pokazywali gest łączenia i odbierania sercem. Było to miłe, braterskie, a Helena opisała to następująco:
  „Szamani – miałam inne wyobrażenie o nich, ale ci ludzie byli niesamowici – oczy, twarze, ruchy ciała pełne siły i energii. Kiedyś ktoś powiedział, – aby poznać człowieka popatrz mu głęboko w oczy i tam wszystko zobaczysz i zrozumiesz. Tak i ja patrzyłam im głęboko w oczy i starałam się poczuć sercem, kim oni są, jakie mają intencje, jakie mają przesłanie do działania na tej Ziemi. Bo oni jak Stróże ziemi – chronią ją od intruzów, od ludzkiej głupoty. Współpracują z żywiołami, z roślinami i zwierzętami. Tak - mają moc, ale jak powiedział mi Stary Duch Szamanów: „jeżeli ty masz czyste intencje i serce pełne miłości, to każdy szaman rozpozna w tobie siostrę lub brata”. Był to moment wielkiej nauki dla mnie, odczytywania prawdziwej natury tych ludzi”.
Mariusz Brzoskowski

******************************

Kartka do fundacji „Świadomość Ziemi” wysłana z plaż z Rio z dnia 24.03.2009r.
Serdeczne podziękowania z serca płynące – za możliwość wspaniałego pobytu i wspólnego uczestnictwa w cudownych wydarzeniach – zakosztowania smaku raju. Chylimy czoła za świetną organizację i troskę.
Danuta i Leszek

********************************

Więcej w biuletynie Fundacji "Świadomość Ziemi" nr 4(33) lipiec-sierpień 2009r. oraz w naszej galerii zdjęć.             

Udostępnij

Dodaj komentarz

capcha